9. Pogrzeb mnie Po prostu zostaw mnie śpiącego w piachu Wykończ mnie Odpływam To jest demon patrzący wprost przez twoje oczy Czy marnuje mój czas? Coś się zmienia wewnątrz mnie

Byłam wykończona. Ledwo mogłam się ruszyć. Pewna część mojego dzisiejszego planu została wykonana. Skurwysyn zwany ojcem Wiktorii siedział na przeciwko mnie. Czekałam cierpliwie aż odzyska przytomność. Bałam się przez chwilę, że przesadziłam z dodanymi lekami do napoju. Moje obawy zniknęły gdy tylko mężczyzna otworzył oczy.

 Rozglądał się ze strachem w oczach i zakłopotaniem wymalowanym na twarzy. Potrzebował czasu by zorientować co się dzieje. Zaczął się szarpać. Próbował bez skutku poluzować węzły zawiązane w przegubach… Czułam się wspaniale…
Chwyciłam plecak. Na jego oczach w równej linii rozkładałam „zabawki” Każdą po kolei.
Srebrny duży nóż kuchenny, nieskazitelny, połyskujący, długi śrubokręt, ostra brzytwa oślepiająca blaskiem oraz stare zardzewiałe kombinerki.
Moja ofiara próbowała krzyczeć. Kawałek materiału blokował wszystkie niepożądane dźwięki ku mojej uciesze. Miałam jeden jedyny problem… Nie wiedziałam od czego zacząć. Na jego nieszczęście postanowiłam spróbować wszystkiego co na dziś zgromadziłam
Wzięłam do ręki śrubokręt. Usiadłam mężczyźnie na kolanach. Przejechałam mu nim po żebrach. Spojrzałam mu w oczy… Spodziewałam się tego. Nie czuję nawet chwili zwątpienia, zawahania, wątpliwość… litości… Kieruje mną tylko i wyłącznie zemsta i nienawiść. Uśmiechnęłam się i wbiłam śrubokręt między żebra. Przekręcałam nim we wszystkie strony gdy był zanurzony w plugawym ciele. Krew zalała mi dłoń. Coś wspaniałego… Nigdy się tak nie czuła. Wspaniałe… Teraz to ja mam władzę…Jestem górą. O wszystkim teraz ja decyduję.
Zadałam jeszcze kilka ran. Wstałam… Ustałam przednim. wyjęłam knebel z jego ust.
-Jak to jest pieprzyć swoje własne dziecko?
mężczyzna nie wiedział co odpowiedzieć. Był zdyszany i zalany potem. Ledwo udawało mu się złapać oddech. Spoglądał na mnie z litością.
-Proszę…Daj mi odejść. Nikomu nie powiem. Puśćmy to w niepamięć.  Dziecko… Miej litość!!!!
Włożyłam mu knebel do ust…
-A ty miałeś litość bijąc do nieprzytomności swoje dziecko? Gdzie się podziała kiedy ją gwałciłeś? Gdzie była ta litość kiedy wypłakiwała sobie oczy dniami i nocami z twojej winy? Jesteś niewartym śmieciem.
Splunęłam na niego z pogardą po czym z całej siły wbiłam śrubokręt w kolano. Wił się niemiłosiernie. Przebiłam również drugie. Coś pięknego. Błagał o litość… Nie tym razem…
Sięgnęłam z podłogi kombinerki. Wyjęłam ponownie mężczyźnie szmatę z ust. Objęłam jedną ręką głowę „nieszczęśnika” a drugą wyrywałam każdy ząb po kolei. Krzyczała niemiłosiernie, pluł krwią… Ten widok napawał mnie dumą ja również przynosił radość. Cieszyłam się, że cierpi.
Rzuciłam przedmiot w kąt. Przyszła kolej na brzytwę. Wycięłam mu na piersi jedno słowo. „PEDOFIL”
Postanowiłam, że już pora kończyć. Poczułam się zmęczona. Nożem odcięłam mężczyźnie penisa. Niech się wykrwawi… Zamiast szaty włożyłam mu przyrodzenie w usta….

Asking Alexandria – The Black

8. Kopię głęboko w środku mnie Przechodząc przez udrękę Nie wydaje mi się, że ucieknę Kolejny dzień gnicia

Na sam jego widok miałam ochotę uciec… Zapaść się pod ziemię. Ogarniało mnie coraz większe obrzydzenie do jego „osoby” Nie wierzę że tu jestem… Muszę jednak pamiętać po co tu się zjawiłam. Co mną kieruje i co chcę osiągnąć…

Zdjęłam z ramion plecak. Otworzyłam go i pokazałam jego zawartość swojemu rozmówcy. Spojrzałam mu w oczy i mimo niechęci oraz odrazy uśmiechnęłam zalotnie. Nie był dłużny. Kąciki  jego ust wykrzywiły się ku górze. Zaprosił mnie do siebie.

Rozejrzałam się po miejscu w którym się obecnie znajduję. Ciężko to nazwać mieszkaniem Typowa samcza melina… Wszędzie brud. Śmieci na podłodze, poszarpany zżółkły materac na jej środku przykryty szczepkami szmat które kiedyś zapewne można było nazwać prześcieradłem. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach ciężki do zidentyfikowania. Jakby coś w środku zdechło i gniło… Szybko znalazłam źródło smrodu… Był  nim zdechły szczur w etapie zaawansowanego rozkładu. Leżał w kącie pokoju.

Ogarniał mnie coraz większy niepokój. Co jeśli mi się nie uda? Jeśli nie dam rady i nie zrealizuję nadanego sama sobie celu? Co jeśli przypłacę życiem za swoją głupotę? życiem którego nie zostało mi zbyt dużo…

Muszę wziąć się w garść. Wiem po co tu jestem. Dopnę swego. „Ojciec” Wiktorii rozsiadł się w fotelu na przeciwko mnie. Nadal sztucznie się uśmiechałam. Zaczęłam ręką wędrować po kieszeni plecaka. Między palcami ukryłam tabletkę nasenną którą znalazłam w domu. otwierając piwo udało mi się wrzucić lek do napoju. W połączeniu z alkoholem powinien działać szybciej niż normalnie… Wręczyłam piwo mężczyźnie. By niczego nie podejrzewał otworzyłam drugie i powoli zaczęłam je sączyć.

Długo nie musiałam czekać. Zasnął ja dziecko. Wykorzystałam okazję. Wyciągnęłam z plecaka linkę. Związałam mężczyźnie nogi oraz ręce. Zawiązałam oczy oraz włożyłam kawałek materiału w usta…  Pora zacząć zabawę. Na zewnątrz nie było nawet żywej duszy. postanowiłam przenieść mężczyznę do kamienicy.  Musi mi się udać. Tam zacznie się prawdziwa zabawa…

 

Korn – Rotting in Vain

7….I przez to nic już nie będzie jak było Mieliśmy błękitne oczy i nikt nas nie kochał Oprócz nas samych, kurwa nikt nas nie kochał, to smutne I jeśli jeszcze kiedyś ich spotkasz, pozdrów ich proszę i powiedz, że szkoda mi ich…*

W głowie roiło mi się od pomysłów.  Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak podekscytowana i pełna życiowej energii do działania. Świat przepełniony jest zbirami, łajzami, skurwielami… A gdyby tak ulżyć ludzkości i pozbyć się paru śmieci? Nie pozbędę się oczywiście wszystkich. Najwspanialsze w tym wszystkim jest fakt iż nie spędzę całego życia w więzieniu. Nim mnie złapią zdążę pożegnać się z tym światem a i przy okazji zrobię coś dobrego.

Patrzyłam jak zahipnotyzowana na zasychającą krew… Poderwałam się na równe nogi. Podpaliłam papierosa. Chodziłam w kółko po swoim pokoju próbując pozbierać myśli w jedną całość.  Zaczęłam biegać po całym domu jak opętana. Zbierałam po kolei wszystkie przedmioty którymi można zadać ból cierpienie i śmierć.

Na środku podłogi położyłam śrubokręty, noże, długie ostre szpilki i wiele innych… Wszystko czego małoletnia początkująca dusza może zapragnąć.  Spakowałam wszystko w duża torbę podróżną i przeniosłam do kamienicy.

Analizowałam co jest przydatne… Lina, piła, kombinerki… Czułam się jak dziecko które dostało cukierka. Jak niewiele a zarazem wiele potrafi mnie uszczęśliwić. Poczułam w końcu, że żyję a nie oddaję się egzystencji.

Jest godzina dwudziesta… Zacząć zabawę dziś czy może jutro…  Nie mam czasu do stracenia. Chcę jak najszybciej się zabawić. Zacznę od zaraz. Włożyłam kilka rzeczy do plecaka. W głowie miałam idealny plan którego grzechem by było nie wcielić w życie…  Weszłam tylko na chwile do mieszkania. Ciotka leżała na kanapie. Włączony telewizor, leżące  butelki, pół żywa cioteczka… Życie jak w Madrycie. Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam z niej dwa piwa. Włożyłam je do plecaka i ruszyłam w drogę…

Zaczęłam mieć wątpliwości. Może jednak dam sobie spokój. Nie dam rady…Sama nic nie zdziałam. Pokusa zemsty jednak wzięła nade mną górą. W ułamku sekundy znalazłam się pod drzwiami ojca Wiktorii…Mimowolnie zaczęłam się trząść. Zapukałam jednak. We drzwiach ustał on. Pierdolony cwel nad cwelami. Sam jego widok wywoływał u mnie odruch wymiotny. Powstrzymałam go jednak. Zmusiłam się do uśmiechu. Mężczyzna ledwo stał na nogach. Cuchnął alkoholem na kilometr.

-Co cię do mnie sprowadza?

 

*Bonson / Matek – Ich już nie ma

6.Byliśmy zobowiązani Stawić czoła światu Ale każdego dnia On ciągnął nas dalej… Mieliśmy się przyzwyczaić Do życia w świecie Który nas nie chciał…

Nie da się opisać uczuć po usłyszeniu tych oto słów… Nie wiem nawet czy jestem w stanie się z tym pogodzić. Jak to możliwe? Trzy miesiące życia? Co ja mam w tym czasie zrobić? Nie naprawie przecież od tak wszystkich życiowych błędów, nie spełnię marzeń, nie pogodzę się ze światem… To za krótko… Życie nie jest dziwką, z nikim się nie pierdoli…

Widocznie nie jestem godna na to aby żyć i świat próbuje mnie wyeliminować na poczet nowego istnienia które dostanie moje miejsce. Albo jest stworzony plan z moim udziałem który muszę zrealizować w ciągu tych trzech miesięcy… Tylko jaki?

Miałam szanse na przedłużenie swojego żywota… Nie uciekajmy przed nieuniknionym. Nie zgodziłam się na leczenie. Bardzo szybko pogodziłam się ze swoim losem jaki by on nie był. Postanowiłam czekać na swoje przeznaczenie w „domowym zaciszu”.

Na ściennym kalendarzu zaznaczyłam przypuszczalną datę chwili kiedy choroba mnie pokona. Oznaczyłam ją nawet sercem. Co za ironia…

Robiłam porządki w swoim pokoju. Dawno tego nie robiłam. Czemu by nie nadrobić zaległości. Zajrzałam pod łóżko. Znalazłam stare pudełko po butach. Była na nim bardzo duża warstwa kurzu. Było to pudełko z pamiątkami.  Otworzyłam je. Sporo zdjęć, drobiazgów… pokrowiec. Czarny pokrowiec ze  lśniącym srebrnym nożem. Cudowna robota. Podziwiam twórcę tego przedmiotu.

Zdałam sobie sprawę z kruchości ciała ludzkiego. Na przedramieniu zrobiłam małe nacięcie. Nóż jest naprawdę ostry. Wystarczy jedno pchnięcie nim i już po człowieku. Po ręku spływa mi powoli aksamitna czerwień…

olśniło mnie. Wiem już jaki życie ułożyło dla mnie plan… Genialne! Przecież mendy jak ojciec mojej Wiktorii czy gwałciciele matki w dalszym ciągu chodzą po tym świecie… Pomogę ludzkości.

Pozbędę się ich…

 

*Avatar – Torn Apart

5.Trzymaj mnie blisko, nie pozwól odejść, patrz jak płonę…*

Jakaś nieznana siła nie pozwala podnieść mi powiek.  Nicość… Bezgraniczna ciemność… Ukojenie… Nie czuję nic… Nie wiem co to oznacza. Nie odbieram podstawowych bodźców…  Czy ja umarłam?  Jak to się stało? Gdzie są moi najbliżsi? Czy nie powinnam się teraz nimi spotkać po tak długiej dla nas rozłące? Tak wygląda życie po śmierci?

Z rozmyślań wyrywa mnie przeszywający ból. Nie tak wyobrażałam sobie drogę ku wiecznej krainy szczęśliwości jaką jest śmierć. Nie było tam mowy o żadnym bólu, strachu, lęku..  Coś ciągnie mnie w dół. Nie pozwala mi się podnieść.  Głowa jest tak ciężka… Wszystko jest silniejsze ode mnie. Najmniejsza  nieudolna próba wyrwania swojego ciała z bezruchu kończy się bólem. W końcu daję radę. Udaję mi się wprawić w ruch powieki… Już nie są tak bardzo ciężkie.

światło… Ono nie jest kojące… Rani moje oczy. Oślepiają mnie strugi białego światła. Po chwili przyzwyczajam się. Mogę się rozejrzeć.

Biały sufit i ściany,  Niebiesko-zielone parawany, szafki z lekami, dziwnie pikające urządzenia… Szpital? Co się dzieje? Rozglądam się dalej. Jestem ubrana w białą koszulę nocną. Do mojej dłoni przymocowana igłą była rurka od kroplówki która jest już pusta, ale zaraz… Dlaczego jestem przypięta pasami do łóżka? Nie podoba mi się to. Staram się z nich wyrwać. Nie daję rady lecz nie przestaję.  Gdy już byłam bliska realizacji planu ktoś przybiega… Po ubiorze stwierdzam, że to lekarz.

Mężczyzna uspakaja mnie swoim aksamitnym głosem. Tłumaczy iż jestem bezpieczna, że nic mi nie grozi i , że zaraz poinformują mojego opiekuna prawnego o moim stanie i że wybudziłam się ze śpiączki.

Serce mi stanęło na moment. Ta wiadomość była dla mnie jak policzek wymierzony w złości dla mojej osoby. śpiączka? Jak długo to trwało? Nie jestem w stanie nic powiedzieć. Znów chwila zadumy… Wyrywa mnie z niej ciotka wchodząca do mojej sali. Złapałam za głowę. Moje palce napotkały jakiś materiał… Tam powinny być moje czarne włosy… Rozglądam się po sali… moje oczy napotkały moje odbicie w  szklanej szafce z lekami… Nie wierzę… Cała moja głowa jest owinięta bandażem. Ja chyba śnie.

Ciotka siada na łóżku tuż obok mnie. pierwszy raz w życiu z jej oczu udało mi się zauważyć coś innego niż złość czy zatracenie się w alkoholizmie. Widziałam współczucie, żal, coś ludzkiego…

-Patrycja… Masz guza. Podobno to glejak*. Rozrasta się cały czas w twoim mózgu. Lekarze na dzień dzisiejszy dają ci trzy miesiące życia.

 

 

*Bring Me The Horizon – Hospital for souls

*glejak-Glejak to nowotwór mózgu. Najczęściej występującym jest glejak wielopostaciowy w płacie czołowym i skroniowym. Niestety, choroba jest śmiertelna 

4.Ona jest jedyną, którą adoruję królową mojego cichego duszenia się…*

Dzisiejszy dzień nie zdobędzie miana najlepszego dnia mojego życia.Idę przed siebie.Myślę o ironii naszego istnienia. Ach ta subtelna nutka ironii… Dlaczego dla osób, ambitnych, godnych podziwu, inteligentnych, kochanych i umiejących kochać życie pisze mroczny scenariusz? A co z tymi co w życiu mają wszystko? Co z  nimi? Mają podstawione pod nos na złotej tacy co sobie wymarzą. Nie muszą się o nic starać. Nie ma w nich krzty empatii… w jaki sposób są lepsi? Czemu jedni mają wszystko a drudzy już nie? Dlaczego tak ułożony jest nasz świat?

Stoję przed drzwiami domu jeśli tak to można nazwać. Dla mnie to tylko pare pomieszczeń chroniących przed bezdomnością.Nic więcej. Za każdym razem boję się przekroczyć progu. Boję się co mnie spotka. Marzę o zmianie w ptaka. Mogłabym odlecieć jak najdalej. Być wolna…

Przeszłam przez dębowe stare drzwi. Nic się nie zmieniło od mojego wyjścia. Ten sam obraz nędzy i rozpaczy. Wszędzie puszki po piwie, jakieś turlające sie butelki, kawałki nadgniłego już jedzenia i fragmenty szkła. Nic dodać nic ująć. Cudowne miejsce do rozwoju intelektualnego i emocjonalnego…

Nic dodać nic ująć. Smutna ale prawdziwa rzeczywistość. Odłożyłam swoje rzeczy na krześle stojącym obok i zabrałam się za sprzątanie.  Słyszę z oddali szuranie. Zapewne to ciotka usiłuję dostać się do pokoju. Udało jej się. Podeszła do wspomnianego już wcześniej krzesła. Perfidnie zwaliła z niego moje rzeczy na podłogę. Usiadła na nim. Wyciągnęła papierosa. Strząchnęła popiół z niego wprost na moją własność.  Zgarnęłam je szybko z podłogi. Ciotka poderwała się z siedzenie w moją stronę. Wymierzyła mi solidny policzek. W ustach czuję rdzawy mdły posmak. Oblizałam usta. Rozcięta warga.

Ciotka patrzy na mnie z dobrze znaną mi już z jej strony pogardą.

-Jesteś dla mnie nikim wiesz?Dosłownie chodzącym zerem.Nie wiem co mną kierowało kiedy przyjęłam Cię pod swój dach.Mogłam udusić cię w kołysce.Byłoby o jednego śmiecia mniej na tym zasranym świecie.Wiesz ile ludzi dziękowałoby Bogu za to co masz ?Ty debilna istotko,nie umiesz tego docenić…

Przemówiła w miarę wyraźnie. Ciągle to samo. Lubi czuć nade mną przewagę. Jej słowa nie ranią mnie już tak bardzo. Kiedyś każda sylaba była niczym sztylet w sercu. Teraz to kwestia przyzwyczajenia.  Nawet nauczyłam się ją ignorować. Wróciłam do sprzątania. Czuję kolejny wymierzony mi policzek a potem szarpanie za włosy. Szarpanie nic mi nie pomoże. czekam aż się zmęczy. Upuściła Papierosa. Przyłożyłam go jej do dłoni. Podziałało. Puściła. Odeszłam na parę kroków.

-Nie masz prawa mnie tak traktować.Jestem człowiekiem nie zwierzęciem.Też zasługuję na odrobinę szacunku i zrozumienia.Może jestem jaka jestem ale przynajmniej nie stoczyłam się jak ty.Spójrz na siebie?Jak wyglądasz?Już tania kurwa jest bardziej ogarnięta niż ty.Zastanów się…

 

Nie byłam w stanie dokończyć zdania. Przez chwile nogi miałam jak z waty .Zakręciło mi się w głowie. Odebrało mi mowę. Poczułam strasznie bolesny ucisk między oczami. Bólu nie da się opisać z żadnym innym. Ciemność przed oczami. Strata czucia jakiegokolwiek ze zmysłów. Straciłam świadomość. Czułam że upadam. Ko

*Apocalyptica feat. Ville Valo & Lauri Ylonen – Bittersweet

mpletna nicość.Pustka,Ciemność….

3.W bezsensie sensem chcesz operować… *

Zastanawiam się jak to jest nic nie czuć. Być wypranym ze wszelkich emocji…uczuć… Mieć za nic podstawowe odruchy, empatię…Być perfidną suką bez serca i skrupułów. Ale czy warto? Czy życie nie straciło by na wartości? Wizja bezuczuciowej egzystencji bywa bardzo kusząca lecz dzięki smutku, tęsknocie, żalu… Nie jesteśmy bardziej wartościowi. Czy to nie przypomina kim my właściwie jesteśmy? Co udało się w życiu osiągnąć?

Od chwili gdy straciłam Wiktorię sama sobie jestem wsparciem… „victoria znaczy zwycięstwo” Dla mnie wygrała wszystko.

Często wracam do naszego miejsca. Przesiaduję tam godzinami tak jak miałyśmy to w zwyczaju robić. Ilekroć tam jestem sama ogarnia mnie ogromna rozpacz. Wszystko mi o niej przypomina. Każdy najmniejszy szczegół tego miejsca. Wszystko przywołuje wspomnienia. Te piękniejsze i te mniej godne uwagi… Wspomnienia są rajem z którego nikt nas nie może wyprosić ani nie mamy obowiązku nikogo wpuszczać.

Oszukuję sama siebie. Nie pogodziłam się jeszcze ze śmiercią… Z tym że już jej nie ma. Już nigdy nie poczuję kojącego ciepła jej ciała, słodkiego zapachu długich kruczoczarnych włosów czułego dotyku jej dłoni na moich policzkach nie spojrzę w piękne błękitne oczy koloru nieba…

już nigdy jej nie zobaczą. Wszystko straciło sens.

Staram się jednak egzystować dalej. Nic więcej nie mogę zrobić. Im dłużej rozmyślam do bardziej drastycznych i niekorzystnych dla mnie skutków dochodzę. Ciąży nade mną fatum.Nieświadomie niosę za sobą śmierć i nieszczęście. Każdy kto okazał mi odrobinę dobra, ciepła, zrozumienia… Nie żuje lub zniszczył sobie drogę życiową.

Znajduję się wciąż w kamienicy. Straciłam poczucie czasu. Powinnam być teraz w szkole. Stwierdziłam jednak że na dziś sobie odpuszczę. I tak nikt nie zauważy mojej nieobecności. Jestem nic nieznaczącą wyalienowaną osobą w mojej placówce edukacyjne. Jest w tym dużo mojej winy.

Czas jednak iść do domu. Trzeba sprawdzić czy ciotka nie zapiła się do nieprzytomności. Podniosłam się z podłogi. Włożyłam słuchawki w uszy podpaliłam papierosa… To podobno zabija. Osobiście twierdzę, że to co nas nie zabije to wzmocni… Rak w płucach jednak nie może być głodny.

*MESAJAH – MOC SLOWA

2.Czas nie goi ran…

Wiele razy próbowałam odebrać sobie życie. Zawsze coś szło nie po mojej myśli. Może jednak nie mam odwagi? Jestem tchórzem… A może jednak cały czas mam nadzieję. Nie umiem tego wyjaśnić.
Niedawno straciłam najbliższą w życiu osobę. Wiktorio… Niech Ci ziemia lekką będzie… Moja rówieśniczka. Przyjaźniłyśmy się od dziecka. Ona również w życiu nie miała lekko.
Gdy miała 12 lat matka uciekła wraz z „miłością jej życia” Nie myślała o dziecku. Ona jest winna wszystkiego co ją spotkało. Słuch o kobiecie zaginął.
Wiktorię wszystko przerosło. Zbyt szybko wkroczyła w dorosłe życie. Stała się Panią domu jak i również wbrew woli kochanką swojego własnego ojca.. Tak, dobrze czytasz… Kochanką. Musiała szybko stać się kobietą. Dbała od i ojca…wieczorem była bita do nieprzytomności a potem gdy nie miała siły się bronić… Na samą myśl do dnia dzisiejszego mam mdłości na same wspomnienie o tym jaki koszmar musiała przeżywać każdej nocy…
Bardzo późnym wieczorem obie wykorzystywałyśmy chwile gdy nasi „opiekunowie” byli najebani do nieprzytomności. Nie było siły by ich wybudzić. Wymykałyśmy się w nasze piękne miejsce. Nasz własny mały świat. Tylko my miałyśmy tam wstęp.
Była to mała opuszczona przybudówka składająca sie czegoś w rodzaju wąskiego holu i dwóch małych pokoików. Spędzałyśmy tam prawie całe noce. Wiktoria opowiadała mi o wszystkich okropieństwach jakich doświadczała. Wypłakiwała sobie oczy. nie mogła patrzeć na siebie w lustrze.
Chciałyśmy uciec jak najdalej się da. To był nasz cel. Nie przejmować się niczym i z daleka od wszystkiego prowadzić normalne życie cokolwiek to oznacza
Gdy dorosłyśmy i byłyśmy świadome swojej seksualności zakochałyśmy się sobie. Patrzyłyśmy na siebie inaczej. Byłyśmy nie tylko przyjaciółkami… siostrami ale i partnerkami.
łączyła nas szczera bezgraniczna i bezwarunkowa miłość. Taką miłość widzi się tylko w filmach…
pewnej nocy Wiktoria zaginęła bez słowa ani śladu. Nie mogłam wytrzymać bez jej obecności. Bałam się że ojciec przetrzymują ją w domu i się pastwi nad moją ukochaną. Na drugi dzień udałam się do jej domu. Z trudem rozmawiałam z jej ojcem bez groźby mordu… Nic nie wiedział. Na pewno kłamał… wmawiał sobie cała drogę do naszego miejsca. Miałam nadzieję, że się tam ukrywa a ja ją znajdę, przytulę i obiecam że uciekniemy już w najbliższym czasie.
W drodze towarzyszył mi dziwny niepokój i strach. Nie wiedziała skąd się wziął. Byłam na miejscu. Przywitał mnie bardzo dziwny specyficzny zapach. nie mogłam go do niczego porówna. W środku było cicho…Jakby nikogo nie było. Szłam dalej. Żałowałam tego co zobaczyłam. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Moja ukochana… Moja Wiktoria…. Wisiała bez ruchu i życiu na linie przywiązanej do rury przy suficie…
Zawiodłam ją. Nie umiałam pomóc… Straciłam najbliższą osobę. To dzięki niej życie miało sens… Wszystko umarło wraz z nią. Nie wybaczę sobie tego nigdy…
Sens życia umarł razem z nią. Pragnę śmierci… Chcę być razem z nią…z mamą… uwolnić się jednak… Nie potrafię tego zrobić…

1.Życie,życie kocham Cię nad życie…

Czym jest szczęście? przelotne doznanie euforii? Czymś dla wielu nieosiągalnym? Przemijającym? Czy wręcz przeciwnie?
Może inaczej… Czym według Ciebie jest rodzina? Dla Ciebie zwykłego przeciętnego człowieka.Oparciem w każdej życiowej sytuacji? Bezgraniczną i bezwarunkową miłością? Azylem przed złem całego świata?
Na przestrzeni lat jestem w stanie stwierdzić, że całe nasze życie polega na ślepej pogoni za nieznanym przez co chociaż przez chwilę poczujemy się coś warci… Każdy z nas pragnie odrobiny szczęścia, posiadać cząstkę „nieba” tylko i wyłącznie dla nas którą ze sobą niesie. Jakie to samolubne…
Znajduję się w nieznanym mi miejscu… Paraliżuje mnie strach oraz chód przeszywający moje ciało. Jeśli znajduję się tutaj przez moje czyny jedno jest pewne… niczego nie żałuję. Przez parę chwil mojego krótkiego życia doświadczyłam czy jest pełnia szczęścia.
Zacznijmy od początku.
Poniedziałkowy poranek… zawiódł mnie dotkliwie od samego początku. Czekałam na ‚lepsze jutro. Nie nadeszło. Wszystko jest jednym wielkim pieprzonym żartem. Czy Ty także to dostrzegasz? Większość z nas wpada w zaciskające się szpony monotonii.
Wstajemy rano z łóżka…śniadanie, kąpiel, droga do szkoły czy pracy… To również dopadło i mnie.
Stoję przed lustrem. Ocieram łzy z policzka. Podziwiam zadrapania na moich policzkach i szyi. Usiłuję zakryć to wszystko makijażem. Jak wygląda moje życia? Zaraz się dowiesz. Otóż jest to pasmo bólu, żartu oraz wysublimowanej nutki ironii.
Miałam kiedyś matkę… Przez krótką chwilę. Czasem wyobrażam ją sobie przy mnie… Tuli mnie czulę…Mówi że wszystko będzie dobrze po czym czule całuje w czoło… Nie było mi nigdy to dane.
Gdy moja matka…Piękna kobieta, tajemnicza, zamknięta w sobie… Gdy miała 17 lat została brutalnie zgwałcona. Troje mężczyzn pastwiło się nad nią w niewyobrażalny sposób. Zaspakajali swoje zwierzęce rządzę gdy ona błagała o litość. Ich to napędzało do dalszego działania. Jedno wielkie skurwysyństwo.
Gdy zaszła w ciąże powiedziała o całym zajściu rodzinie. Wyparła się jej. Mamę przygarnęła starsza siostra Klaudia.
Gdy przyszłam na świat cała i zdrowa…kobieta która dała mi życie sama je straciła. Ironia… Ciotka która zdecydowała się mną zająć obwinia moją osobę za śmierć siostry. Gdyby nie ja pewnie nadal by cieszyła się życiem.
Mam w tej chwili osiemnaście wiosen… Przez tyle lat niechęć i żal ciotki do mnie nie uległy zmianie…
Wpadła w alkoholizm. Przez przemoc, pomiatanie rękoczyny nie daje mi zapomnieć jakie skutki powstały z powodu mojego przyjścia na świat.
Spokojnie. To jeszcze nie koniec. Nawet w szkole nie mogę odpocząć od kpin i brutalnych zaczepek. Tam jest tak samo. Każdy przypomina mi że jestem życiowym popychadłem. Zastanawiam się czemu to nie może się jeszcze zakończyć.